Z okazji świąt wszystkim czytelnikom, Directionerką oraz całemu 1D życzę :
Przygotować pół miarki radości, szczyptę
pogody ducha, kwartę radości,
dwanaście centymetrów uśmiechu,
kilogram życzliwości, pięć gramów dobrego
humoru, miłości ze dwie garści,
odrobinę szaleństwa, łyk szczęścia,
dwie łyżki wolnego czasu, małą łyżeczkę
spokoju oraz cały zapas wiary nadziei i
miłości. Wszystkie składniki połączyć ze
sobą i długo podgrzewać w cieple
domowego ogniska. Podawać na gorąco,
ozdobione ciepłym uśmiechem.
to takie tam a najbardziej życzę wam wesołych radosnych świąt Bożego Narodzenia i oczywiście Szczęśliwego Nowego roku życzę ja - Agnieszka ;)
Tak propo mój mąż ma dzisiaj urodziny (Louis), zaśpiewajmy mu sto lat, i dodać aby zawsze był młody ;) . a TERAZ Goodbay ;*
poniedziałek, 24 grudnia 2012
wtorek, 11 grudnia 2012
Rozdział 15
/OCZAMI SAM/
Wracając do
hotelu chłopaki nie mieli jeszcze dość i zaszli do sklepu, po to aby kupić
sobie zgrzewki piw. Jednak my zignorowałyśmy ich wybryk i poszliśmy dalej, lecz
pod lokalem przypomniałam sobie, że blondyn ma klucze i raczej nie dostanę się
do pokoju, dlatego podeszłam do dziewczyn.
-Ehm... –
zaczęłam niepewnie.
-Co?- spytały
wszystkie na raz.
-Mogłabym, bo
ja raczej nie mam jak.- mruknęłam.
-Dobra, ale
pod jednym warunkiem.- powiedziała po chwili Evi.
-Jakim?-
spytałam zdziwiona.
-Po pierwsze
nie wpuszczamy tych idiotów.- zaczęła Megan.
-Po drugie nie
gadamy ani nie myślimy o tych idiotach.- dodała Liz.- Tak jak za dawnych
czasów.- westchnęła.
-Ehm... Liz,
tylko odkąd się znamy ja tylko o nich gadam bądź myślę.
-Cicho.-
uciszyła mnie Megan, a ja zachichotałam.
-Nie, no
spoko.- powiedziałam gdy się uciszyłam, a następnie weszłyśmy do pomieszczenia,
gdzie usiadłyśmy wszystkie na kanapie i włączyliśmy laptopa aby obejrzeć jakiś
film. Po dwóch romansidłach, Megan i Liz nie miały jeszcze dość dlatego chciały
oglądnąć jeszcze jakiś film, jednak ja poczułam zmęczenie, dlatego pożegnałam
się i wyszłam cicho z pokoju zważając na ciszę nocną. Jednak już po sekundzie
wparowałam do pokoju jak oszalała, bo przed drzwiami usłyszałam jak chłopacy śpiewają „Last Christmas”.
-Co wy tu do
jasnej ciasnej odprawiacie ?! Święta są za pół roku, a wy tu mi śpiewacie o
jakiś świętach !- krzyknęłam wściekła.
-Oj Sami, nie
bądź zła, my się tylko wydurniamy.- powiedział Louis próbując wstać. Jednak coś
mu się nie udało, bo gdy chciał stawić pierwszy krok potknął się o własne nogi
i opadł na kanapę. Ja jedynie załamana złapałam się za głowę.
-Dobra, gdybym
nie była tak zmęczona na pewno dałabym wam kazanie, dlatego uchlejcie się jak
chcecie, tylko mi rano nie mówicie, że was główka boli.- mruknęłam i poszłam do
pokoju, gdzie pośpiesznie wzięłam piżamę z pod poduszki i poszłam do łazienki
gdzie wzięłam orzeźwiający prysznic. Następnie z całej pety opadłam na łóżko i
zamknęłam oczy czekając na sen. Jednak już po paru minutach, zrezygnowana
obracałam się w tą i we tę na łóżku przez głośność w salonie.
-Zamknąć się !
Niektórzy chcą spać !- krzyknęłam nagle.
-Dobrze, pani
Bobrze ! – krzyknął najprawdopodobniej Niall, a mówię prawdopodobnie, bo każdy
zaczął się uciszać i teraz było jeszcze gorzej niż przedtem. Złapałam poduszkę
i położyłam ją na głowę, jednak to też nie pomagało. Lecz już po minucie ustał
rezultat. Zdjęłam ciężar z głowy i tym razem usnęłam po niecałych pięciu
minutach. . .
Obudził mnie
nastawiony przeze mnie budzik, dlatego leniwie zaczęłam szukać telefonu wokół
poduszki.
-Wyłącz to
ustrojstwo.- mruknął Louis.
-No już, już.-
powiedziałam odnajdując go pod poduszką i wyłączając.
-Która
godzina?- spytał po chwili.
-Siódma, śpij
jeszcze.- szepnęłam i sięgam po małą butelkę wody obok łóżka. Natomiast już po
chwili czułam uścisk Tomlinsona na mojej talii.
-Louis, to że
ty możesz jeszcze sobie pospać, to nie znaczy, że ja mogę.- mruknęłam próbując
się uwolnić.
-Tylko pięć
minut.
-Louis,
naprawdę nie mogę.- powiedziałam, a już po chwili obrócił się na plecy dając mi
wolność, dlatego wstałam i wzięłam jedyne rzeczy, których nie spakowałam
wczoraj przed meczem i ruszyłam w kierunku łazienki.
-Sam?- spytał
gdy już miałam wchodzić.
-Hmm?-
odwróciłam się w jego stronę ze znakiem zapytania.
-Spakujesz
mnie?
-A co główka
boli?- spytałam z drwiną w głosie.
-Nie, tylko
mam lenia . . .- zaśmiał się.- Ale główka chyba też boli.- dodał po chwili, a
ja przewróciłam oczami.- Więc jak?- powiedział.
-Zobaczymy.-
odpowiedziałam z uśmieszkiem i weszłam do łazienki, gdzie wykonałam poranną
toaletę, a gdy wróciłam do pokoju pan Tomlinson znów chrapał. Schowałam
wczorajsze rzeczy i piżamę do swojej torby i poszłam do kuchni, gdzie usiadłam
przy blacie i oparłam głowę o ceramikę, jednak już po krótkiej chwili
usłyszałam kroki i odsuwające się koło mnie krzesło.
-Jezu, zaraz
mi głowa odpadnie.- jęknął mulat.
-Trzeba było
tyle wczoraj pic ?- spytałam.
-Może i trzeba
było.- mruknął.
-No niby czemu
?
-Alkohol
zakrywa smutki miłosne.
-Ahaa, o
Perrie ci chodzi.- powiedziałam, gdy nad głową pojawiła się malutka
żaróweczka.- Nie martw się, dziś będziemy w Londynie i będziesz mógł z nią
spędzić całe dnie, znaczy. . . no wiesz. . . oprócz koncertów, tras i tym
podobne.- dodałam.
-No fajnie by
było.
-No i fajnie
będzie.- pocieszyłam go klepiąc go po ramieniu.
-Ta, szkoda
tylko, że ona jest w Ameryce.
-Oł. . . No to
kiedy wraca?- dopytałam się.
-Pojutrze.
-Łeeeee, to
jeszcze mało, co by było jak jakiś tydzień albo co.
-Ta, zobaczymy
jak Lou będzie musiał pojechać z nami na jakiś koncert, albo na jakieś głupie
rozdania nagród.- powiedział.- Wtedy to będziesz uhuhuhu, nawet nie umiem tego
nazwać.- powiedział, a ja jedynie siedziałam cicho, bo nie wiedziałam, czy ten
związek nawet tyle przetrwa. Jednak Malik chwilę później wstał i nalał sobie
wody.- Chcesz?- spytał po chwili.
-Ta.- ty było
jedyne słowo, które umiałam wypowiedzieć w tym transie.
-Ej, Sam? Co
ci jest?- spytał po chwili.
-Ech, Zayn,
żeby to wszystko było takie łatwe.- powiedziałam wstając, biorąc od niego
szklankę i siadając na blacie.
-O co ci
chodzi?- spytał.
-No bo ja
nawet nie wiem, czy dzisiaj Lou w Londynie nie powie mi słowa, że to była tylko
i wyłącznie miłość wakacyjna, że nic z tego nie będzie, że już mnie nie kocha,
że już się ze mną zabawił albo jeszcze co innego.- mruknęłam popijając.
-Co ty
gadasz?- spytał ze zdziwieniem.
-Boże, Zayn,
boję się tego, że powie mi koniec z nami !- krzyknęłam i chyba troszeczkę za
głośno, ale nie przejmowałam się tym, tylko schowałam twarz w dłoń.
-Ej Sam, wiesz
przecież, że takie coś się nie stanie.- powiedział siadając koło mnie i
obejmując ramieniem.- Wiesz, że on cię kocha, a ty jego.
-Tak, szkoda
tylko, że ja kocham go od trzech lat, a on mnie od miesiąca.
-Boże Sam
zrozum, prawdziwa miłość nie ukazuje się po jakimś tam czasie tylko od razu. No
powiedz, jak pierwszy raz ujrzałaś Louisa, to co pomyślałaś, tylko szczerze.
-Pomyślałam
„Łał, jaki z niego przystojniak” i coś w tym stylu, a co?- spytałam głupio.
-No i od razu
się w nim zakochałaś, prawda?- dopytał się.
-No tak.
-No właśnie,
co z tego, że go znasz od trzech lat, jak go kochasz od pierwszego wejrzenia.
Tak samo on ma teraz, więc się nie zamartwiaj i przytul wujka Malika, że ci
wszystko w tej twojej małej główce wyjaśnił.- powiedział z uśmiechem, wstając i
rozszerzając ramiona. Jedynie zaśmiałam się, jednak już po chwili rzuciłam się
w stronę mulata.
-Dzięki.-
wyszeptałam mu.
-Uuuuu. . .
Louis będzie zazdrosny . – powiedział nagle Niall, a ja w ekspresowym tempie
odsunęłam się od Zayna. I z miną przerażenia spojrzałam na Malika, jednak on
uśmiechnął się i kiwnął głową, na znak, że nic nikomu nie powie. Mi kamień
spadł z serca i na twarzy zagościł uśmiech.
–Dobra,
jajecznica czy tosty? Dziś ja robię wam śniadanie.- uśmiechnęłam się.
-Tosty! –wykrzyknęli
obaj i usiedli przy blacie.
-Ale mam
nadzieje, że mi pomożecie, prawda?- przymknęłam oko.
-No okejj.-
mruknęli, a ja zachichotałam i podałam im kromki, masło i kazałam smarować. A
już po chwili dodawałam dodatki i wkładałam do opiekacza.
Ja i Zayn
zjedliśmy po półtorej kromce, a Niall nawet nie zliczyłam. Przy tym kazałam
zanieść mulatowi jedną Liamowi, a ja sama zrobiłam Louisowi i kierowałam się do
jeszcze naszego pokoju. Zszokowało mnie to, że chłopak maszerował w prawo i w
lewo już ubrany, a wszędzie był jednym słowem wielki syf.
-Boże, coś ty
zrobił?- spytałam widząc te rzeczy.
-Ehmm. . .
.tak jakby chciałem się spakować.
-Dobra, masz
śniadanie, idź z tym do kuchni, a ja cię spakuję.- powiedziałam i wygoniłam go
z pokoju. A już po chwili zbierałam rzeczy na łóżko, a następnie zaczęłam go
pakować.
Gdy zamknęłam
torbę dołożyłam obok swoją i zaczęłam sprzątać w pokoju, a gdy skończyłam
spojrzałam na zegarek. Wskazywał dopiero dziewiątą, dlatego wyszłam z pokoju i
zobaczyłam chłopaków, którzy grali ostatnią rundę w fifę.
-Idę do
dziewczyn.- oświadczyłam po czym wyszłam i skierowałam się do pokoju obok.
Pukając nikt mi nie odpowiedział dlatego samowolnie weszłam i zobaczyłam Liz,
która siedziała przygnębiona na sofie.
-Czemu nie
odpowiadasz?- spytałam.
-Bo jestem
załamana !- warknęła.
-Ej, też
miałam doła, choć do Zayna, on ci poprawi humor.- powiedziałam.
-Chyba cię
przewiało dziewczynko, prędzej umrę niż się do niego odezwę.
-No dobra, mów
o co chodzi.- powiedziałam obok niej.
-No bo to
wszystko się już skończyło.- mruknęła i opadła na moje nogi.
-Ojej, Liz, to
nie znaczy, że trzeba się załamywać. Gdzie reszta?- spytałam.
-Poszły
dokupić pamiątki.- mruknęła.
-No to na co
czekasz?- spytałam.
-Co na co
czekam? –spytała podnosząc głowę.
-Idziemy do nich
dołączyć !- powiedziałam i pociągnęłam ją za rękę.
Po jakiejś pół
godzinie dołączyliśmy do Megan i Evelin i łaziliśmy po Paryżu wspominając lub
dokupując jakieś rzeczy. A już po jakiejś godzinie usłyszałam dźwięk sygnału
mojego telefonu. Wyjęłam go z torebki i zauważyłam, że dzwoni Lou.
Natychmiastowo odebrałam.
-Gdzie wy
jesteście?- spytał.
-Ehm.. na
manchatanie, a co?- spytałam
-Mała, za
półtorej godziny mamy samolot.- powiedział, a ja spojrzałam na zegarek.
-Słowo daje,
że przed chwilą była dziesiąta.- powiedziałam zszokowana.
-Dobra,
jedzcie na lotnisko, my weźmiemy dziewczyn i twój bagaż i spotkamy się na
miejscu.
-No dobra,
pa.- i rozłączyłam się.-Dziewczyny, zamawiamy taksówkę i na lotnisko.
-Co, a
bagaże?- spytały.
-Bagaże wezmą
chłopaki, mamy mało czasu.- pośpieszyłam je.
-ŻE CO
PROSZĘ?!- krzyknęłam Evi, a ludzie spojrzeli na nią jak na jakiegoś kosmitę,
-Evi, proszę
cię ciszej i tak dobrze słyszysz.
-Te durnie
mają zamiar dotknąć mój bagaż ?! Chyba oszalałaś- powiedziała.
-Posłuchaj,
gdyby zadzwonił z pół godziny wcześniej to byśmy wróciły, ale teraz posłuchaj,
że spóźnimy się na samolot !
-UGH ! Muszę
sobie zapisać, że jak wrócimy porządnie muszę wymyć wszystkie rzeczy w tej
torbie włącznie z nią.- mruknęła, gdy wybierałam numer taxi.
-Oj już nie
przesadzaj, dotkną tylko rączki.- powiedziałam i już po chwili odeszłam parę
kroków, aby spokojnie zamówić taksówkę.
-Półtorej
godziny później-
Całe szczęście
zdążyliśmy, choć do zamknięcia były zaledwie sekundy, bo gdyby nie to, że
zapomnieli Nato (papuga Megan) bylibyśmy już dawno na miejscu i nie czekali aż
nasze oddechy wynormują się. Jednak przez Harrego każdemu oprócz Evi, Liz i
Megan podrosła adrenalina, bo oświadczył, że nie ma swojego bagażu.
-Harry,
sprawdź dobrze, przecież widziałam jak miałeś ją przy sobie. – oświadczyła
Rose.
-No mówię ci,
że tu jej nie ma ! Widzisz tu taką bordową, bo ja nie.- mruknął
-Dobra, każdy
sprawdza, czy ma taką przy sobie, a ja pójdę się spytać stewardessy czy nie
została jakaś na lotnisku.- powiedział Liam i poszedł, a każdy z nas zaczął
przeszukiwać.
/OCZAMI
EVELIN/
Co z niego za
pacan, jak nie może zobaczyć tej głupiej torby, która leży koło mnie. Pff. . .
ma za karę, że zapomniał o Nato. Mruknęłam porozumiewczo do Liz, która nagle
usiadła koło mnie i niechcący otworzyła torbę, z której wysypały się
najróżniejsze rzeczy. Najbardziej zachęciły nas banany, które wzięłyśmy i
schowaliśmy do naszych przybocznych toreb, a następnie nie wiem jakim cudem
Megan potrafiła wziąć jego dwie pary spodni i również schować do torby. Ja
zaśmiałam się i jakoś pozbierałam te rzeczy i wsadziłam do środka zamykając
znów torbę i nagle jako wybawczyni odwróciłam się do nich.
-Mam ją ! Cały
czas była koło mnie, a ja nawet jej nie zauważyłam . – posłałam sztuczny
uśmiech temu w głupkowatych lokach, który od razu po nią sięgnął, a następnie
spojrzałam na Rose i Sam ,które zmroziły mnie jedynie wzorkiem. Zignorowałam je
i powróciłam na swoje miejsce gdzie kończę moją nagrodę szkolną. Po jakiejś
godzinie, gdy pani zaczęła sprzedawać orzeszki, dziewczyny wzięły nasze torby i
podeszły do niej proponując aby sprzedała te rzeczy, które zabrałyśmy temu
idiocie, dobra powiem dla Rose „Harremu”, ale tylko dla niej.
Niewiadomo jak
one jej to powiedziały, ale baba zgodziła się i po chwili wracała z tacą, gdzie
były porozmieszczane banany , a pod spodem spodnie. Miałam ochotę lać ze
śmiechu, ale jakoś wytrzymałam jak reszta dziewczyn. A gdy podeszła do miejsc,
gdzie siedzą oni, brunet uśmiechnął się.
-Też mam tyle
bananów i tak jakoś wolę swoje.- powiedział i wziął torbę, po czym otworzył, a
tam ani jednego banana nie było.
-O boże !
Gdzie moje banany !- wrzasnął.- Gdzie są moje banany!!!!- zaczął piszczeć jak
dziewczynka, a my nie mogłyśmy z niego.
-Macie mi coś
do powiedzenia?- powiedziała nad nami Rose, a my jednie dalej śmiałyśmy się.-
To nie jest śmieszne ! To były jego banany?- spytała.
-Tak.-
powiedziała Liz, która na chwilę się uspokoiła, ale znów wybuchła. Nawet Tamci
się zaczęli śmiać, a Rose naburmuszona usiadła koło Harrego i przytuliła się to
niego. I tak raczej minęła cała nasza podróż do Londynu.
/OCZAMI SAM/
Na lotnisku
każdy wziął swoje torby i powoli każdy zaczął się żegnać.
-Sam, czekaj,-
powiedział Louis łapiąc mnie za nadgarstek, gdy chciałam ominąć tłum fanek i paparazzi.
-Tak?-
spytałam.
-Czemu
myślałaś, że . . .?- spytałam, a ja zrobiłam wielkie oczy.
-Zayn ci
powiedział? – powiedziałam zszokowana.
-Nie, ja tylko
słyszałem. Nie wściekaj się, ale myślę, że powinniśmy to wyjaśnić.- powiedział.
-Louis, tu nie
ma co wyjaśniać.
-Ależ jest.
Choć jedziemy do nas, i u mnie w pokoju wszystko wyjaśnimy.
-Nie, jak coś
to do mnie. Mam wolny dom.- uśmiechnęłam się.
-Okej, to
poczekaj chwilę na mnie, idę po torbę.- powiedział po czym odszedł kawałek, a
do mnie odeszła jakaś 10-11 letnia dziewczynka.
-Czy ty jesteś
dziewczyną Louisa?- spytała.
-Tak.-
powiedziałam z uśmiechem.
-Pasujecie do
siebie. Szczęścia.- powiedziała i odeszła, a ja odprowadziłam ją wzrokiem, a
już po chwili wrócił Louis.
-To co
jedziemy?
-Jasne.-
powiedziałam wyjmując kluczyki od samochodu.
-Nie mów, że
ty będziesz prowadzić.- powiedział z ironią.
-A co, masz
coś do tego? – spytałam.
-No tak, bo ja prowadzę.-
powiedział biorąc ode mnie kluczyki i dając całusa w policzek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




